Plaża nad Dniestrem w Zaleszczykach w latach trzydziestych XX wieku (Fot. Biblioteka Narodowa)

„Podróż jest już częścią wakacji” – tę zasadę mieszkańcy II Rzeczypospolitej znali na długo przed erą autostrad i tanich linii lotniczych. W latach trzydziestych letni urlop zaczynał się nie na plaży ani w pensjonacie, lecz na dworcowym peronie. Tam rodziła się ekscytacja, której nie dawało żadne inne miejsce.

Każdego lata z Gdyni wyruszali podróżni, którzy – korzystając z wagonów bezpośrednich i dogodnych skomunikowań – mogli dotrzeć aż do Zaleszczyk, jednego z najmodniejszych kurortów II Rzeczypospolitej. Przed nimi było około 1314 kilometrów podróży przez niemal całą Polskę – od Bałtyku po słoneczne Podole. Dla wielu podróżnych nie była to zwykła podróż koleją. Był to pierwszy dzień wakacji.

Na peronach panował gwar. Tragarze przewozili walizki, konduktorzy sprawdzali bilety, dzieci przyklejały twarze do szyb wagonów. Jedni jechali na kurację do Truskawca lub Morszyna, inni wybierali górskie szlaki Jaremcza albo wyprawy w Gorgany. Byli też tacy, którzy marzyli wyłącznie o słońcu nad Dniestrem.

Dziś trudno uwierzyć, że to właśnie kolej stworzyła modę na wakacje na Kresach.

Państwo, które połączyły tory

Po odzyskaniu niepodległości Polska odziedziczyła po zaborcach trzy odrębne systemy kolejowe. Ich ujednolicenie było jednym z największych wyzwań młodego państwa. Budowa wspólnej sieci miała znaczenie gospodarcze i militarne, ale szybko dostrzeżono również jej ogromny potencjał społeczny.

Wagony restauracyjne Polskich Kolei Państwowych (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Kolej zaczęła łączyć nie tylko miasta. Łączyła ludzi. Dzięki niej mieszkaniec Poznania mógł po raz pierwszy zobaczyć Huculszczyznę, warszawiak dotrzeć nad Dniestr, a rodzina z Pomorza spędzić wakacje u stóp Czarnohory. W kraju, który dopiero uczył się wspólnego życia po 123 latach zaborów, miało to znaczenie znacznie większe niż tylko transport.

Człowiek, który nauczył Polaków podróżować

Trudno mówić o narodzinach polskiej turystyki bez wspomnienia Mieczysława Orłowicza.

Prawnik, krajoznawca, autor dziesiątek przewodników i urzędnik Ministerstwa Komunikacji uważał, że poznawanie kraju jest elementem budowania nowoczesnego społeczeństwa. To właśnie jego przewodniki zabierały czytelników nie tylko do Krakowa czy Zakopanego, ale także do miejsc, które dla wielu pozostawały niemal nieznane – na Pokucie, Huculszczyznę czy do doliny Dniestru.

Orłowicz nie sprzedawał marzeń. Pokazywał, że Polska jest znacznie większa i bardziej różnorodna, niż wielu mogło przypuszczać.

PKP stworzyły modę na podróżowanie

Rozwijająca się sieć Polskich Kolei Państwowych sprawiła, że dalekie wyjazdy przestały być przywilejem wyłącznie najbogatszych.

Foldery promocyjne Ligi Popierania Turystyki (Fot. Polona)

Wprowadzano bilety wycieczkowe, zwiększano liczbę połączeń sezonowych, a od połowy lat trzydziestych ważnym partnerem PKP stała się Liga Popierania Turystyki. Organizacja prowadziła szeroko zakrojoną kampanię promującą podróże po kraju. Drukowano plakaty, przewodniki, foldery i ulotki, organizowano tzw. pociągi popularne, z których mogli korzystać także mniej zamożni podróżni.

Była to jedna z największych akcji promujących krajową turystykę w II Rzeczypospolitej.

Kiedy droga była częścią wakacji

Dziś podróż chcemy skrócić do minimum. Przed wojną było odwrotnie. Droga miała smak przygody.

W wagonach restauracyjnych serwowano ciepłe posiłki i kawę. W wagonach sypialnych gasły światła, gdy pociąg mijał kolejne stacje. Przez okna przesuwały się mazowieckie równiny, lessowe wzgórza Lubelszczyzny, zabytki Lwowa i coraz bardziej górzyste krajobrazy Pokucia.

Reporter tygodnika „As”, jadąc do Zaleszczyk, zanotował: „Wolno posuwa się pociąg za Kołomyją. Sapie, staje na każdej stacyjce, powoli zbliżając się do błogosławionej krainy ciepła i słońca, do brzegów polskiej riwiery – Zaleszczyk”.

Kilka zdań wystarczy, by zrozumieć atmosferę tamtych podróży. Pociąg nie był przeszkodą w dotarciu na miejsce. Sam stawał się częścią wakacyjnego doświadczenia.

Najdłuższa droga do słońca

Symbolem przedwojennych wakacyjnych podróży była relacja kolejowa łącząca wybrzeże z południowo-wschodnimi kresami państwa. Połączenie Gdynia – Zaleszczyki, liczące około 1314 kilometrów, uchodziło za najdłuższą relację kolejową II Rzeczypospolitej. Podróż trwała około 26 godzin i prowadziła z chłodnego Bałtyku do jednego z najcieplejszych zakątków przedwojennej Polski.

Dworzec kolejowy w Gdyni przed II wojną światową (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

W praktyce pasażerowie mogli korzystać z wagonów bezpośrednich, które na kolejnych odcinkach trasy były dołączane do różnych składów. Takie rozwiązanie pozwalało przejechać niemal przez całą Polskę bez konieczności zmiany wagonu, mimo że sama podróż nie zawsze odbywała się jednym i tym samym pociągiem.

Ostatni etap prowadził z Kołomyi do Zaleszczyk. Co ciekawe, fragment tej linii przebiegał tranzytem przez terytorium Rumunii – przez stację Stefanesti. Dzięki zawartym wcześniej porozumieniom międzynarodowym pasażerowie podróżujący do Zaleszczyk mogli przejechać ten odcinek bez odprawy paszportowej i celnej, a wybrane pociągi nie zatrzymywały się na rumuńskich stacjach. Było to jedno z najbardziej nietypowych rozwiązań komunikacyjnych w przedwojennej Europie.

Na końcu torów czekało miasto słynące z wyjątkowego mikroklimatu. W Zaleszczykach dojrzewały winogrona, morele i brzoskwinie, a sezon kąpielowy trwał znacznie dłużej niż nad Bałtykiem. Nic dziwnego, że właśnie tam chciały wypoczywać tysiące mieszkańców II Rzeczypospolitej.

Zachowany „Urzędowy Rozkład Jazdy i Lotów” z 1938 roku (tabela 421) dokumentuje przebieg ostatniego odcinka trasy z Kołomyi do Zaleszczyk przez rumuńskie Stefanesti oraz potwierdza kursowanie wagonów bezpośrednich z Warszawy do Zaleszczyk. Jest to jedno z najciekawszych świadectw organizacji przedwojennego ruchu kolejowego na południowo-wschodnich kresach II Rzeczypospolitej.

Kolej zmieniła mapę wakacji

Bez kolei trudno byłoby wyobrazić sobie rozwój kresowych kurortów. To ona umożliwiła rozwój Zaleszczyk, Jaremcza, Truskawca, Morszyna czy Worochty. Reklamy zamieszczane w prasie podkreślały nie tylko walory klimatyczne, ale również wygodny dojazd. W przewodnikach dokładnie opisywano połączenia, a właściciele pensjonatów informowali, z którego dworca odbierają swoich gości.

Wagony restauracyjne Polskich Kolei Państwowych (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Kolej nie była jedynie środkiem transportu. Była ambasadorem miejsc, do których wcześniej docierali tylko nieliczni.

Podróż, która się nie skończyła

Wrzesień 1939 roku zakończył pewną epokę. Granice państwa przesunęły się na zachód, a większość najbardziej znanych kresowych kurortów znalazła się poza Polską.

Historia tych miejsc nie dobiegła jednak końca. Jaremcze nadal pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków turystycznych ukraińskich Karpat. Truskawiec i Morszyn wciąż przyjmują kuracjuszy. W Wygodzie działa Karpacki Tramwaj prowadzący doliną Mizunki, a Zaleszczyki nadal zachwycają niezwykłym położeniem nad zakolem Dniestru.

Zmieniły się granice. Zmieniły się państwa. Zmieniły się języki. Nie zmieniła się jedna rzecz – piękno krajobrazów, które przed niemal stu laty oglądali podróżni wychylający się z okien wagonów.

W następnym odcinku tej reporterskiej podróży wysiądziemy właśnie tam – w Zaleszczykach. Spróbujemy odnaleźć ślady miejsca, które przed wojną uchodziło za najbardziej słoneczny zakątek II Rzeczypospolitej i zrozumieć, dlaczego nazywano je „polską riwierą”.

Opracował Artur Lipert

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

Up